Sentymentalna podróż w moje czytelnicze początki.


 Cześć!


    Okres świąteczny i nadgodziny w pracy utrudniły mi znacznie nie tylko opublikowanie postów zgodnie z moimi planami, ale również dokończenie i rozpoczęcie książek, które czekają na moim czytniku już tyle czasu, że już się zdążyły pokryć wirtualnym kurzem. 

    Mój post o tym dlaczego postanowiłam wybrać czytnik e-booków jest cały czas w trakcie tworzenia, ale całkiem niedawno podczas relaksacyjnego odgruzowywania mieszkania i słuchania na Audiotece audiobooka Harry'ego Pottera (nie przepadam za audiobookami, ale jak lektorem jest pan Piotr Fronczewski to mogę słuchać nawet instrukcji obsługi Zderzacza Hadronów) naszły mnie wspomnienia dotyczące początków mojego książkoholizmu i postanowiłam, że chciałabym to upublicznić. 


    Moje uwielbienie do książek rozpoczęło się jakoś na początku szkoły podstawowej, prawdopodobnie w 2 klasie podstawówki, kiedy to znudzona już czytaniem w kółko tych samych rzeczy na lekcjach i zadawanymi do domu czytankami, postanowiłam czytać, ale coś innego niż teksty z podręczników - w odległości jakichś 300-500m miałam do dyspozycji małą bibliotekę. Tam odkryłam serię książek o Koszmarnym Karolku autorstwa Franceski Simon. Pochłaniałam te książki w wydawać by się mogło ekspresowym tempie i ciągle było mi mało. Czytałam też serię o Mikołajku (aut. Rene Goscinny), cykl Pan Samochodzik (aut. Zbigniew Nienacki) i pewnie wiele innych, które trochę mniej mi zapadły w pamięć (zapisywałam w zeszycie tytuły i ciekawsze informacje, ale niestety zeszyt gdzieś zniknął). Ale moją ukochaną książką z tamtych czasów, do której wracałam jako dziecko wielokrotnie i do dzisiaj zdarza mi się ją czytać, jest... lektura szkolna - "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren. 


  Mój pierwszy powrót do "Dzieci z Bullerbyn" po latach trochę mnie przeraził. Nie byłam przygotowana na aż taką przepaść między tym co zapamiętałam podczas czytania tej książki jako dziecko, a tym jak bardzo zmieni się moje podejście do niej mając o kilka lat więcej. Pierwszy raz po osiągnięciu pełnoletności wróciłam do niej mając około 24 lata, czyli po około 10 latach od sięgnięcia po nią po raz ostatni w wieku nastu lat. 

    Nastawiałam się na to, że po tylu razach powinnam znać ją na pamięć i nie odkryję zbyt wielu nowych emocji. Jako dziecko uwielbiałam przenosić się wyobraźnią do tej cudownej wioski zwanej Bullerbyn, przeżywać przygody razem z Lisą i resztą dzieci, czuć tę wolność i swobodę. Moja perspektywa dorosłej osoby zmieniała się dwa razy - ta druga zmiana nastała, gdy zostałam matką i przyłapałam się na tym, że trochę przerażałaby mnie wizja pozwolenia dziecku na aż taką swobodę, mimo, że sama byłam dzieckiem mającym pewien zakres swobody (może nie aż taką jak dzieci z Bullerbyn, ale nie nazwałabym moich rodziców nadopiekuńczymi). 

    Obecnie rodzice bywają bardzo często nadopiekuńczy, spotkanie na placu zabaw grupki dzieciaków bez czujnego oka jednego z rodziców, który co chwilę ich strofuje jest bardzo rzadkim zjawiskiem (przynajmniej na tych placach zabaw, na których zdarzało mi się bywać), co wg mnie trochę stopuje kreatywność dzieci. Pewnie trochę też takiemu uzewnętrznieniu samodzielności i kreatywności dzieciom utrudnia wszechobecna elektronika, z którą często mają do czynienia już od najmłodszych lat. Może właśnie dlatego niektóre sytuacje opisane w książce "Dzieci z Bullerbyn" są obecnie trochę szokujące, jeżeli ktoś spróbuje je przenieść w obecne realia. 

    Po pierwszym takim szoku zdałam sobie sprawę, że patrzę oczami mojej nadopiekuńczości i wizji czarnych scenariuszy i dopatrywania się wszędzie zagrożenia. Co zrobiłam? Przeczytałam ją ponownie i przypomniałam sobie jakie przesłanie dla mnie niosła, jak ja byłam dzieckiem, jakie wartości przekazuje i zaczęłam myśleć jeszcze inaczej - trochę mi się  zrobiło smutno, że dzieciństwo mojego syna nie będzie prawdopodobnie nawet w ułamku podobne do dzieciństwa dzieci  z Bullerbyn, czy nawet podobne do mojego dzieciństwa i to niestety w większości z powodów, na które nie mam zbyt dużego wpływu. Książka stała się dla mnie ponownie bezpieczną przystanią, do której chcę wracać i która pomaga  mi z zastojem czytelniczym. 


    Próbując sobie to wszystko przypomnieć, cofając się pamięcią o te 20 lat zrobiło mi się ciepło na sercu i bardzo nostalgicznie. Chciałabym żeby mój syn też zaraził się ode mnie uwielbieniem do czytania, chociaż w tych pierwszych kilkunastu latach życia, bo to naprawdę cudowne uczucie wspominać dorastanie z książką w ręce, konfrontować po latach swoje spojrzenie na tę samą książkę i uświadomić sobie w dorosłym życiu jak bardzo pomocne było czytanie od najmłodszych lat. 


Zapraszam na mojego instagrama i życzę Szczęśliwego Nowego Roku! 

Komentarze

Popularne posty